Ja i moja właścicielka - Joanna byłyśmy jak w każdą sobotę na "naszej" łące.
Było cudowne popołudnie. Słońce przyjemnie grzało w futro i aż chciało się biegać... biegać tak daleko... tak daleko gdzie jeszcze żaden pies nie dobiegł, ani w ogóle nikt!
Zaczęłam aportować patykiem znalezionym przez Joannę. Było cudownie, to chyba ulubiona z pośród rzeczy które mogę robić. Ale oczywiście nie tak fajne jak pieszczoty Joanny.
Po kilkunastym aporcie patyk poleciał między małe skupisko kamieni, które ktoś zrobił rozpalając ognisko.
Utkwił... Pomyślałam smutno.
Dzielnie chwyciłam patyk w zęby i zaczęłam ciągnąć.
Ciągnęłam, ciągnęłam i ciągnęłam. Nagle... TRZASK!
O nie! Złamałam patyk...
Nie dobrze, nie lubię zawodzić Asi.
Potruchtałam w jej stronę z podkulonym ogonem i trzema kawałkami drewna w pysku. Joanna w cale się nie gniewała. Uśmiechnęła się tylko i powiedziała:
- Z tym nic już się nie zrobi... - zapadła chwila ciszy, ale na jej tworzy wciąż był uśmiech - zostań!
Usiadłam i zaczęłam czekać. Nudziło mi się. Wahałam się jakieś dwie minuty, ale w końcu wstałam i podeszłam do mojej pani. Motała się z jakąś gałązką. Nie mogla jej złamać. Coś mi się nie zgadzało. Tego drzwea nigdy nie było na "naszej" łące. Nie znałam jego zapachu. Trąciłam ją nosem. Gdy to zrobiłam coś mnie oślepiło. Gdy się obudziłam leżałam ja i leżała Joanna. W jej ręku był patyk. A ja byłam w nieznajomym miejscu. Obok mnie był jakiś inny pies, a za ramię Joanny potrząsala inna dziewczyna. W końcu i moja pani się obudziła.
- Byłyśmy na łące i zobaczyłyśmy błysk - powiedziały równocześnie dziewczyna i suczka
Spojrzałyśmy po sobie.
Czy ktoś mi tu wytłumaczy o co chodzi? Oni się rozumieją?
<Rex, dokończ>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz